307. Czy warto być (zbyt) emocjonalnym?

Jakiś czas temu zapytałam Was, czy chcecie, by na blogu pojawiały się również refleksyjne/lifestyle’owe teksty. 86 % odpowiedziało, że jasne, więc dzisiejszy tekst będzie ukłonem w stronę większości ;>. Ze względu na to, że często tego typu teksty pisałam „do szuflady”, a teraz podzieliłam się nimi z Redakcją KoBBieciarni, gdzie bardzo się spodobały, postanowiłam podzielić się nimi również z Wami. Wcześniej nawet nie podejrzewałam, że faktycznie mogą komuś dać do myślenia. Dajcie znać, czy Wam się podobało i czy chcecie takich tekstów więcej.

Czy warto być (zbyt) emocjonalnym?

15 maja wybraliśmy się z K. i T. do Centrum. Był to dzień, w którym Legia Warszawa została mistrzem Polski, wiał zimny wiatr, a ja miałam na sobie zbyt cienką kurtkę. Piłka nożna to zupełnie nie moja bajka, więc stojąc na skrzyżowaniu Świętokrzyska – Nowy Świat, wcale nie miałam w głowie: „MISTRZEM POLSKI JEST LEGIA! LEGIA NAJLEPSZA JEST! LEGIA TO JEST POTĘGA! LEGIA CWKS!”, a wręcz przeciwnie – zaczęłam szukać punktu zaczepienia, by chociaż myślami oderwać się od zgiełku dookoła.

I nagle jest – starszy Pan, na socjologiczne oko około lat 80. sprzedający kwiaty na tym samym skrzyżowaniu, na którym my, co jakiś czas wypuszczając dym z zapylonych miastem płuc, cieszyliśmy się ostatnimi dniami palenia e-papierosów gdzie popadnie i czekaliśmy na S. Minęło kilka minut, a ja już miałam w głowie całą historię jego życia i scenariusz na najbardziej wzruszający film. Nie miał obrączki – pewnie jest samotny, był zgarbiony – pewnie schorowany. Co jakiś czas – nie rozumiałam czemu – wyjmował kilka bukietów i kładł je na chodniku, po czym z trudem się po nie schylał, by znów włożyć je do wiaderka „Castoramy” z powrotem. Z każdą osobą, która chciała kupić kwiaty, wymieniał słowa i uśmiechy. Może lubił to, co robił, bo sprawiał przyjemność innym, miał okazję choć przez chwilę z kimś porozmawiać, a przy okazji zarobił kilka groszy. A może zmusiło go do tego życie i to uśmiech przez łzy?
expression-1147288_960_720

I tu pojawia się pytanie: czy to dobrze zbyt emocjonalnie podchodzić do sprawy?
Cenię siebie, i innych, za empatię. Nawet wtedy, gdy coś pójdzie nie po mojej myśli, cieszę się, że mogłam powiedzieć „przynajmniej próbowałam i chciałam pomóc”. Staram się też żyć według zasady, że lepiej żałować, że się spróbowało, zamiast stać z założonymi rękoma i nie zrobić nic. Ale często, zwłaszcza jeśli chodzi o obcych ludzi, mam opory, by zareagować.To jakiś rodzaj wrodzonego lęku, że ktoś odrzuci na starcie moją chęć pomocy, powie, że mam się nie wtrącać i efekt będzie taki, że to ja będę czuła się źle z tym, że chciałam dobrze. Te myśli krążyły mi po głowie do momentu powrotu do domu i pójścia spać. A dlaczego jakiś randomowy staruszek sprzedający kwiaty na tyle utkwił mi w głowie, że nie mogłam myśleć o niczym innym? Bo jestem (zbyt?) emocjonalna.

Staliśmy tam jeszcze około piętnastu minut, w ciszy, bo nie umiałam zareagować na inne bodźce ze świata zewnętrznego, zwalając wszystko na to, że w sumie to wcale nie chciało mi się wychodzić z domu i poszłabym spać. Obserwowałam ludzi, którzy mijali osiemdziesięciolatka, nawet go nie zauważając, ale też takich, z którymi złapałam kontakt wzrokowy i wiedziałam, że myślą tak, jak ja. Przez kilka minut pojawiło się tych drugich około pięcioro. Kobieta jadąca rowerem zatrzymała się na czewonym świetle przy przejściu. Dwa razy odwróciła głowę i patrzyła na sprzedawcę kwiatów, z tym, że drugie spojrzenie było znacznie dłuższe.Wiadomo było, że nie przyjechała tam po kwiaty, ale czerwone światło sprawiło, że mając czas na refleksje, jednak postanowiła je kupić. Odstawiła rower i stała się szczęśliwą posiadaczką wiązanki konwalii.Pozostali zainteresowani to w większości młode kobiety i ich romantyczni partnerzy pragnący podarować wybrance świeże, wiosenne bukieciki.

Poszliśmy po S. na róg Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Po naszym powrocie do miejsca, w którym byliśmy jeszcze kilka minut wcześniej, niewiele się nie zmieniło – sprzedawca nadal stał, ludzi było znacznie mniej, za to z oddali słychać było już wyraźne „Legia mistrz” i jakieś mniej pochlebne słowa o białych kaskach padające już w większych grupach. Wyszliśmy naprzeciw, gdy zobaczyliśmy odpalone race. Jedna została odpalona tuż przy moich włosach, co przez chwile zmroziło mi krew w żyłach, ale przyjemnie obserwowałam jedną, wielką radującą się grupę. Zawsze cieszą mnie akty zjednoczenia, które niosą za sobą falę pozytywnej energii, jednak wolałam stać z boku, bo z drugiej strony, masy ludzi trochę mnie przerażają. Po godzinie, razem z T., szliśmy na metro, mijając moje refleksyjne skrzyżowanie. Sprzedawcy już nie było. I trudno się dziwić, skoro chwilę wcześniej przeszedł tamtędy tłum. Może obawiał się o swoje kwiaty? A może sam oglądał widowisko stojąc gdzieś z boku i radując się z nimi? Kwiatów nie udało mi się kupić, ale obiecałam sobie, że gdy znów się tam znajdę, ot tak z nim porozmawiam. Już zawsze będę go widziała na tym właśnie skrzyżowaniu. Czy to dobrze zbyt emocjonalnie podchodzić do sprawy? Nie wiem, ale ja to w sobie lubię.

3 Comments

  1. Ja niestety do wszystkiego podchodzę zbyt emocjonalnie. Jest to spory problem, przeszkadzający w życiu codziennym, ale za to mam więcej empatii i rozumiem innych.
    Pozdrawiam!

  2. Często wyobrażam sobie scenariusze, równie często wzruszam się na widok starszych osób. U mnie jednak to wiąże się z wrażliwością i sentymentalną skłonnością. Nie uważam, by w jakikolwiek sposób było to złe, ja tak patrzę na świat, tak go odbieram. A czy kiedyś na tym ucierpiałam? Pewnie. Takie jest życie, pewne rzeczy wymagają poświęcenia, jednak nie powinniśmy ich zmieniać w sobie :)

Leave A Reply

Navigate